Wszystkiego!!!
1 stycznia 2012Na życzenia tej treści rozesłanych wczoraj w nocy otrzymałem kilka interesujących odpowiedzi: Read more »
Na życzenia tej treści rozesłanych wczoraj w nocy otrzymałem kilka interesujących odpowiedzi: Read more »
Obejrzałem wczoraj w końcu Mr Nobody. Dziwny film, film o podejmowaniu (bądź nie) decyzji. Zaplątany jak, nie przymierzając Primer. Z tym, że trochę jaśniej twórcy pokazują, którą wersję historii w danym momencie widzimy. No i na końcu jedna wersja Nemo mówi drugiej wersji Nemo, o co chodzi. Tak, żebyśmy i my mogli coś z tego zrozumieć. A jest co rozumieć: widzicie, Nemo po prostu ma… Read more »
Some say it’s Dances with wolfs, others – it’s yet another Pocahontas. Well… I’m pretty sure no-one knows where did Shakespeare take the ideas for Romeo and Juliet for example. It is not an original story, mind you. The art is not in telling an original story, the art is in telling the story right. And this story is told almost right.
To put it in other words: I’m flabbergasted; I’m in awe; I’m thrilled; I loved it; I want more….
Wróciłem właśnie z północnego seansu filmu „2012” (czasami mam takie odpały – proszę się nie czepiać doboru seansu). Jak się można domyśleć, scenariusza w tym filmie nie uświadczysz. Nawet biorąc poprawkę, że w kategorii „film przygodowy” scenariuszem może pochwalić się nawet „Pojutrze”, „Sahara” czy pierwszy „Tomb Raider”. Film jest tak kretyński, że co większe bzdury były nagradzane gorącymi brawami widowni. Innymi słowy: zmarnowane kilkanaście złotych i lekko licząc 4h życia.
I w tym momencie : wybawienie. W 2/3 filmu zgasł ekran, zapaliły się światła, a z holu dał się słyszeć dźwięk alarmu. Sidenote: nikt się nie ruszył z miejsca; oprócz mnie wyszło może pięć osób.Po chwili ktoś z obsługi kina powiedział, że to awaria systemu p.poż. (Wow! tylko awaria? To świetnie! Tzn. to nie tak, że nie boję się, że następnym razem system nie wykryje prawdziwego pożaru, ja tylko…) i że zaraz seans zostanie wznowiony. Po 1o minutach poszło ogłoszenie, żeby wracać do sali, bo za kilka sekund wznawiają seans. Po kolejnych 15 zszedłem na dół po zwrot za bilet i znalazłem się w przewesołym gronie próbującym nakłonić człowieka analizującego wydruki systemu p.poż., żeby oddał im ich pieniądze. Jakby człowiek czytający tasiemkę systemu bezpieczeństwa miał coś wspólnego z naszymi biletami.
To znaczy poniekąd miał – mógł sprowadzić kierownika zmiany. Kiedy pani kierownik się pojawiła, jedyne co mogła/chciała nam zaproponować, to ważne pół roku zaproszenia do Heliosa. Na dowolny seans. Podsumowując: w zamian za kilkanaście złotych i kilka godzin dowiedziałem się, że nie chcę znać zakończenia 2012, a zaproszenie mogę zrealizować np. w styczniu na, powiedzmy, Avatara. Niezły deal, całkiem niezły.
Na koniec kilka losowych obrazków, które za bradzo nie pasowały do żadnego z poprzednich wpisów…

Na terenie ośrodka mieszkało mnóstwo takich jaszczurek. W ogóle dużo zwierząt: flamingi, kaczki, kurki, indyki, pawie…

W tym miejscu nawet burza jest niesamowita
Spacer na plaży – z rybim okiem i bez.
Dziś część druga – ocean i nurkowania. A w zasadzie plaża. Bo pożałowaliśmy 800PLN na ciśnieniowy pojemnik na aparat…
Na terenie ośrodka było kilka restaurcji w formie bufetu (na plaży, przy recepcji, przy większości basenów – 2 z nich akurat były remontowane), bar przy każdym basenie, niesamowita kawiarnia „posklejana” z altan i wieżyczek i kilka restauracji „a’la carte”.
Wśród wielu gatunków zwierząt żyjących w hotelu najzabawniejszy był malutki czarny ptaszek najwyraźniej uzależniony od słodzika. Kradł go ze stolików w ilościach niemal hurtowych. Kelner nazwał go chinchilin, trochę googlania i proszę: Quiscalus niger.
Restauracja z bufetem
W drodze do meksykańskiej restauracji
Słodzik…
…kradziony przez tego ptaszka.
Dzień pierwszy: lot z Belgii na Dominikanę przez Varadero na Kubie. Po 13 godzinach wylądowaliśmy w Punta Canie, gdzie na dzień dobry powitał nas brak powietrza (przynajmniej takiego zdatnego do oddychania) i lotnisko kryte strzechą…
Po południu lokalnego czasu dotarliśmy do hotelu. Tam dostaliśmy pokoje – w różnych bungalowach, więc poprosiliśmy o zmianę. Dostaliśmy dwa pokoje obok siebie w czymś, co wydawało się ostatnim domkiem, ale po bliższym przyjrzeniu się okazało się, że:
O 18ej lokalnego czasu (hmm… dwie w tą, cztery w tamtą, plus 18 – to będzie o północy tutaj) zjedliśmy kolację, wróciliśmy do domku i padliśmy jak nieżywi. O 11 rano przyjaciel wysłal mi SMSa, że właśnie się dowiedział, że poleciałem na Dominikanę i jestem wredny, bo mu wcześniej nie powiedziałem. Przyznaję: jestem. Tylko, że ten SMS był wysłany o 11ej czasu polskiego. Tam to była 5 rano… Dzięki za pobudkę w środku nocy!!! (C.D.N.)
Port Lotniczy Punta Cana
Odbiór bagażu
Port lotniczy pod strzechą
Port lotniczy pod strzechą (2)
IFA Villas Bavaro